Obiecałeś, że wrócisz, wyszeptałeś
to roznamiętnionym głosem w moje potargane włosy, w pukle splątane jeszcze po
nocy, w oczy zaspane i zamknięte. Więc czekam na ciebie wieczorami i czekam na
ciebie dniami, wypatrując światła na ulicy, wypatrując znajomej sylwetki,
znajomego głosu, znajomego oddechu.
A ty nie wracasz wcale, pozwalasz
mi miotać się po coraz ciaśniejszym mieszkaniu, kruszyć paznokcie na twardych,
białych ścianach, które za nic nie chcą oddać twojego ciepła. Pozwalasz mi
krzyczeć w poduszki w niepewności i złości, zaciskać pięści tak mocno i desperacko, ale to nadal nic nie zmienia, a ciebie nadal nie ma.
Dlaczego cię nie ma?